Gomen, gomen, gomen, za to że tak długo tu nic nie wstawiałam, już się tłumaczę. Otóż mam zepusty komputer i teraz wrzucam tego osh z laptopa siostry. Nwm jak długo mnie jeszcze nie będzie, ale postaram się wrzucać jakoś nielegalnie. XD W ramach rekompensaty napisałam nowe opowiadanie "Nie do twarzy Ci z śmiercią" , które postaram się dodać w najbliższym czasie. Teraz zapraszam do lektury c:
***
Poznał go dawno temu, właściwie to sam nie wie, kiedy to było. Za to wie jedno. Że od tamtego czasu Takanori jest cząstką jego życia. Znał każdą jego reakcję, każdy jego ruch, gdy codziennie rano robi sobie kawę.
Pierwszy raz spotkał maleństwo w parku, gdy siedział na ławce i palił papierosy. Poprosił o jedno, a otrzymał nawet zapalniczkę. Dlatego go pokochał, bo dawał z siebie wszystko w zamian nie oczekując niczego. Wystarczała mu świadomość, że potrafi kochać. Nie liczyło się, czy jego uczucia są odwzajemnione. Ale teraz wie, że są, że Akira kocha go tak jak nikogo innego na świecie. Że mógłby oddać za niego życie, gdyby była taka potrzeba.
Jego oczy są piękne, pełne kompletnego obłędu., kiedy w nie patrzy, czuje, że Matsumoto zna każdą jego tajemnicę. Boi się skłamać, bo nie wytrzymałby gdyby chłopak poczuł się skrzywdzony i gdyby pomyślał, że Akira nie jest jego wart. Takanoriego nie interesowały pieniądze, ani żadne dobro materialne. Wiele razy powtarzał, że nie potrzebuje niczego oprócz Suzukiego, ale ten uparcie kupował mu jak najdroższe prezenty i kochał go jak nikogo innego. Chciał sprawiać mu jak najwięcej przyjemności. Zdrabniał jego imię
na różne sposoby, lub nazywał go swoim kotkiem, na co Takanori kręcił głową z uśmiechem i zaprzeczał.
- Jestem tylko Takanori - Wałkował to samo z promienistym uśmiechem, wzruszając ramionami po czym wtulał się w kochanka. Był, jest i będzie Takanorim, jego własnym prywatnym światem. Kiedyś, gdy siedzieli razem na swojej ulubionej ławce, na której się poznali, powiedział, że nie jest pewien czy ciągle jest sobą. Suzuki twierdząc, że chłopak bredzi przytulił go i wpił się w jego wargi, ale ten się odsunął i spojrzał na niego swoimi brązowymi kocimi oczętami.
- Nie, mówię poważnie. Nie widzisz we mnie różnicy?
Suzuki zaprzeczył niepewny do czego zmierza jego kochanek. Gdy ten wstał z ławki mierzwiąc brązowe kosmyki włosów chudymi łapkami, był blady. Jedynie taką różnicę zauważył blondyn, ale Takanori zawsze mało jadł.
- Nie możesz widzieć we mnie różnicy. - Szepnął jakby do siebie - Ona jest we mnie, w środku, rozumiesz? Coś jest ze mną nie tak. Gubię się w samym sobie, czasem nie potrafię odnaleźć drogi do domu.
Blondyn nie wiedział o co chodzi, nie odpowiedział i więcej nie wracali do tego tematu. W Takanorim faktycznie zaczynał zauważać coraz większe zmiany. Chłopak dziwnie się zachowywał, aż pewnej nocy zażyczył sobie wejść na dach 10 piętrowego bloku, w którym mieszkali. Spędzali tam dużo czasu, czasem nawet śpiąc pod gołym niebem. Oglądali razem gwiazdy i nadawali im imiona. Jedną nazwał Takanori, na co on, że ta obok niej świecąca najbardziej nazywać się będzie Akira. Świeże, nocne powietrze owiewało ich twarze, dając energii na kolejne dni, by zaczynać od nowa. Jednak pewnego dnia Matsumoto przestał parzyć swoją ukochaną kawę. Przestraszył się trochę jego innym zachowaniem, ale kiedy maleństwo wtuliło w niego swoje kruche, malutkie ciałko, poczuł, że wszystko jest w porządku. Siadali razem na dachu wysokiego budynku obserwując wszystkich na dole. Gdzie wszystko było takie malutkie.
- Zobacz Akiś - szepnęło maleństwo pokazując małym paluszkiem na ludzi - Oni, tam na dole dreptają w tą i z powrotem, zupełnie jak mrówki. Tylko, że mrówki chcą budować sobie świat, a ludzie go niszczą!
Miał rację, więc Akira tylko kiwał głową na znak, że się zgadza. Wziął do ręki miękki kosmyk włosów niższego. Jego włosy zawsze pachniały mu brzoskwiniami, tworząc zapach, którego nigdy w życiu nie zapomni. Wtulał się w miękkie włosy maleństwa, które należały tylko do niego i modlił
się do Boga by tak pozostało już na zawsze.
Miłość ich było szalona. Była piękna i nieskazitelnie czysta. Nieważne, czy spoczywała ona w czystych dłoniach, bo ich miłość zawsze była najbielsza, bez żadnej plamki. Nawet martwa miłość nie umiera. A Akira kochał Takę jak nikogo innego. Miłość między nimi była zawsze, nawet wtedy, gdy nie wiedziała jak się zachować. Czy uciec z płaczem, czy pogłaskać po głowie i przytulić, czy trzasnąć drzwiami i powiedzieć "nie wrócę!", ale przecież zawsze wraca, bo wie, że znalazła bezpieczne miejsce do życia.
Akira z każdym dniem zauważał różnice w Takanorim. Czuł jak się zmienia, mimo tego dalej patrzył na niego z zachwytem szepcąc czułe "kocham Cię" do jego malutkiego uszka. Wiedział, że to jest najważniejsze w każdej burzy, a przeczuwał, że zbliżały się czarne chmury. Dopiero później zrozumiał, że czarne chmury nie były nad nimi lecz czyhały nad samym Takanorim. I zrozumiał, że jeżeli deszcz padał na Takanoriego to będzie padał również na niego, bo stanowią jedność.
Coraz mniej mówił, a kiedy już otwierał usta wydobywały się z nich niezrozumiałe słowa. Wydawało się, że rozmawia z kimś kogo wcale nie ma i że tylko ta osoba może zrozumieć jego mowę. Akira coraz bardziej był przerażony stanem Takanoriego, gdy ten powiedział mu, że nadchodzi klęska i wszyscy zginiemy. Mówił to tak, jakby przemawiały przez niego inne siły, które chciały coś ogłosić.
Często wychodzili do parku na ich ławkę, lub kładli się na łące spoglądając na niekończące się niebo. Maleństwo wtulało się w Suzukiego szepcząc, że go kocha i żeby nigdy nie zapomniał o istnieniu jego serca. Jak mógłby zapomnieć? Przecież to też jego serce. jego malutkie bijące serduszko...
Codziennie bywali na dachu, lecz brązowowłosy coraz częściej zbliżał się do samej krawędzi, przymykając oczy na świat. Blondyn piekielnie się o niego bał, więc oznajmił, że więcej tam nie pójdą. Pewnego wieczoru maleństwo weszło do pokoju Akiry stawiając na jego biurku kawę i przemówiło:
- Akira, chodźmy na dach, ktoś tam czeka. To dla mnie ważne.
Starszy ustąpił i zabrał szatyna na dach, ale ku jego zdziwieniu nikogo tam nie było. Zaczęli spędzać tam każdą wolną chwilę patrząc z góry na Tokio zupełnie jak z niebios.
Serce blondyna coraz częściej dawało znać, że zdarzy się coś złego, że musi się na to przygotować by ich miłość się nie skończyła. Za bardzo kochał Takanoriego, A Takanori Akirę. Wiedział, że jakiekolwiek słowa padną z jego ust - zawsze będzie go kochać. Przecież miłość nie umiera.
Pewnego dnia, gdy Suzuki wracał do domu, spojrzał do góry, nie wiedzieć czemu. Na dachu wieżowca stał Takanori, patrząc na niego zamglonym wzrokiem. Szybko pobiegł do niego na górę i zdjął go z dachu. Skarcił go za takie zachowanie, lecz po wszystkim mocno przytulił do siebie bardzo mocno. - Bałem się o Ciebie - szepnął.
Potem jeszcze wiele razy musiał go stamtąd ściągać, czasem nawet siłą. Przestraszonego oniemiałego, nie wiedzącego co właściwie tam robił. Wiedział już wtedy, że coś jest nie tak, ale bał się powiedzieć to na głos.
Siedzieli na swojej ławce kiedy maleństwo nagle zaczęło płakać tuląc się do ukochanego.
- Kocham Cię, Kocham Cię, Kocham Cię, tak bardzo Cię kocham - Szeptał brunet jak gdyby te słowa były jakimś zaklęciem i jakby tylko one były światem, który istnieje. Blondyn pokręcił głową z politowaniem i pocałował małego w czoło, wdychając zapach brzoskwiń.
Następnego dnia stał w kuchni czekając na gotującą się wodę, gdy małe dłonie od tyłu oplotły go w pasie i przytuliły się do jego pleców.
- Zabierz mnie na dach, to ważne - Szepnął zaciągając tam blondyna, po czym stanęli na samej krawędzi wysokiego bloku. Jeden niewłaściwy krok i zawirowaliby w powietrzu opadając martwi na chodnik. Blondyn zagłębił się w czekoladowe oczy maleństwa, kradnąc mu pocałunki.
- Akiś, chodź. Już czas żebyśmy nauczyli się latać - Złapał chłopaka za dłoń szepcząc mu to do ucha. Sprawnym ruchem pociągnął go w przestrzeń.
Latali i śmiali się do chmur skacząc po wszechświecie. Wirowali napawając się sobą, aż w końcu opadli. Ich miłość nie umarła nawet, gdy wszystko inne dla nich było już martwe.
No bo przecież miłość nie umiera ~
Hmm.. Co mogę napisać? Nie spodziewałam się takiego zakończenia, ale było piękne <3
OdpowiedzUsuńOgólnie one-shot przypadł mi do gustu ;3 Był słodki, chociaż uważam, iż Akira mógł pomóc Takanoriemu i zabrać go do psychologa czy coś.. No ale, stało się jak stało..
To (chyba) mój pierwszy komentarz i chyba też pierwsza rzecz jaką przeczytałam na Twym blogu.. No cóż - biorę się za nadrobienie xD
Pozdrawiam i życzę dużo weny! <3
Piękne. Lubię smutne shoty, naprawdę. A ten bardo mi się podobał.
OdpowiedzUsuńAkira starał się chyba unikać problemu, i udawał że go nie widzi, takie jest moje odczucie. O też zawinił, a pod koniec chyba się "naprawił". Końcówka jest urocza, ale smutna, i to mi się podoba^^
Pozdrawiam, i życzę momentów inspiracji ^.~
Rena X
Piękne. Aż mam ochotę przeczytać jeszcze raz.
OdpowiedzUsuńTo było takie piękne :) Aż się popłakałam
OdpowiedzUsuńSmutne.
OdpowiedzUsuńNo nic. Lubię jak Rukiś ma problemy.
Akira jest idiotą, że nic nie zrobił, jak tylko zauważył, że z Rukim coś się dzieje. Ale widocznie jemu też się udzieliło.
Szkoda, że takie krótkie, ale bardzo mi się podobało. Dziękuję i pozdrawiam.
Łezki mi ciekną, wspaniałe.<3
OdpowiedzUsuńTylko tyle mogę powiedzieć..
To trzeci twój one-shot, jaki czytam i przyznam, że do tej pory najlepszy. W poprzednich za bardzo się spieszyłaś, tu zwolniłaś tempa i dobrze. Czasami gubiłaś się w tym, co pisałaś. Np. niespodziewanie przyskakiwałaś z "oni" na "on". I czasem brakowało przecinków. Pomimo lekkiego chaosu, opowiadanie całkiem ciekawe. Lubię ten sposób narracji.
OdpowiedzUsuńSpójrz na datę. Tamte one-shoty to były moje początki i sama się ich wstydzę, ale cieszę się, że robię postępy. Od czegoś trzeba zaczynać, no nie? c:
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń