wtorek, 14 maja 2013

LOVE CAN TOUCH US ONE TIME - [07/??]


,, Po Prostu Kochaj "


,, Kiedy zacząłem żyć samotnie z samotnością? Kiedy poczułem się oddalony od innych? Wiecznie oczekiwałem trochę ciepła od innych. Cały czas miałem nadzieję, ale nikt nie podał pomocnej dłoni. Żyłem samotnie, śpiewałem w pojedynkę. Zawsze tak było, Twoja przeciętna dobroć nie pomoże mi teraz. W nadziei, ze ta samotność się skończy. Kiedy zacząłem uśmiechać się przez cały czas? Kiedy straciłem swój prawdziwy uśmiech? Umiałem tylko udawać, że się nie przejmowałem, nie mogłem nawet polegać na dobroci innych. Zadrżałem z braku miłości. Zupełnie jakby każdy uciekł ode mnie (...) Twoja przeciętna dobroć nie pomoże mi teraz. W nadziei, że to zniknie pewnego dnia"*
Szedłem do szkoły jak każdego poniedziałku, pchnąłem drzwi wejściowe i zszedłem schodami w dół. Cały czas myślałem o tym jak zareagowałem na Twoje wyznanie. Jak skłamałem i cały wieczór dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Pierwszy raz rozmyślałem tak długo nad uczuciami innej osoby, ale przecież nie mogłem inaczej zareagować. Już pierwszego dnia kiedy zobaczyłem Cię po raz pierwszy, coś we mnie drgnęło. Uczucie to dotąd pozostawało mi nieznane. Moje pierwsze wrażenie o Tobie? Jeden z tutejszych cwaniaków. Zawsze chodzi z swoją paczką i zaczepia niewinnych ludzi. Ktoś kogo boi się pewnie cała szkoła. Z czasem pojąłem, że Ty również żyłeś pod pewną maską. Tylko udawałeś takiego. Sprawy z narkotykami kazały Ci zadawać się z Naokim i jego kumplami. Wtedy już się Ciebie nie bałem. Czułem, że jesteś mi bliski. Z każdym kolejnym razem ów uczucie się nasilało. Uczucie, które było zbyt ludzkie jak na kogoś takiego jak ja. Niebezpiecznie ludzkie.
Emocje wzięły nade mną górę i zaproponowałem Ci pomoc, na którą przystałeś. Z każdym dniem coraz bardziej uświadamiałem się w tym, że zwykli ludzie takie odczucia nazywają zakochaniem. Również Ty chciałeś mi pomóc, w owym czasie powinienem to zakończyć. Zamiast tego brnąłem w to jeszcze głębiej. Zacząłem wzbraniać się przed tą miłością, gdy było już za późno. To trudne, kochasz kogoś, ale wiesz, że nie możesz z nim być. Że zawsze silniejszy od Ciebie będzie lęk przed odrzuceniem i obawa o stratę.
W wąskim korytarzu zauważyłem jak idziesz ze słuchawkami w uszach, patrzyłeś przed siebie i mimo tego, że mnie widziałeś, nie odezwałeś się nawet krótkim powitaniem.
Przez cały dzień nie zamieniłeś ze mną ani słowa. Zastanawiałem się czy aż tak zabolały Cię moje słowa?
Od tamtego dnia nie odzywaliśmy się do siebie ponad tydzień. Codziennie zachowywałeś się tak jakbym nie istniał, jakby nic się nie wydarzyło. Z każdym kolejnym razem, gdy mnie ignorowałeś czułem w środku jakąś wewnętrzną pustkę, jak przedtem, gdy się nie znaliśmy. Gdy nie miałem nawet przyjaciół. Przecież do tego dążyłem... dążyłem do tego by było jakbyś nie istniał, teraz właśnie tak się czuję. Za każdym razem, gdy miałeś mnie obojętnie, dziura w moim sercu się powiększała.
Czyżby tylko, gdy jesteś blisko potrafiłem okazywać jakieś ludzkie uczucia?
To tak jakby one wraz z Tobą przychodziły i odchodziły wraz z momentem gdy znikałeś. Zaczęło brakować mi Twojej opiekuńczości, Twojej troski, Twojego ciepła. Teraz cierpiałem jeszcze bardziej, niż kiedy byłeś obok mnie, ale rządził mną jedynie strach. Marzyłem tylko o tym żeby znowu usłyszeć Twój głos, taki uspokajający.
Kolejny pełen tydzień bez Ciebie, bez Twojego głosu i uśmiechu. Nawet w sytuacji kiedy mnie ignorowałeś, nie odezwałem się ani słowem, milczałem, w duchu błagając byś zwrócił na mnie uwagę. Nie miałem ochoty kolejnego dnia spędzić na myśleniu wyłącznie o Tobie.
Ubrałem się i poszedłem do szpitala by odwiedzić Tanabe. Szczerze to przyzwyczaiłem się do prawie codziennego odwiedzania przychodni. Nawet nie myślałem o tym co będzie kiedy jego zabraknie, nie wyobrażałem sobie tego. Przy wejściu do szpitala od razu zauważyłem pana Imada rozmawiającego z recepcjonistką. Od pewnego czasu jak chodzę regularnie odwiedzać Kai' a nasze stosunki polepszyły się. Ja i doktor dogadujemy się. Widocznie zaakceptował moją obecność tutaj, więc podszedłem się przywitać.
- O witaj Takanori - odwrócił się w moją stronę zaprzestając podpierać się o blat - Do Yutaki, tak?
-Tak, chciałem tylko zapytać... - lekarz uśmiechnął się bym kontynuował - Czy coś się polepszyło? - zapytałem w dalszym ciągu nie tracąc nadziei. Może jedno i to samo pytanie irytowało już doktora, ale ja nie przestawałem się łudzić. Wiedziałem, że choruje na nieuleczalną chorobę, ale nie omieszkałem zapytać.
- Niestety - westchnął. Zaczął grzebać w papierach, z nerwów zacząłem przebierać palcami. Wyjął jakąś kartę i na głos przeczytał jego nazwisko jakby chciał się upewnić, że trafił. Wtedy czas się dla mnie zatrzymał, głupie kilka sekund czekając na inicjatywę lekarza dłużyło mi się niesamowicie.
- Dajemy mu jeszcze kilka dni - poinformował, z bólem patrząc mi w oczy.
- A więc jednak... - spuściłem głowę, bo oczy zaszły mi łzami.
- W porządku ? - zapytał po chwil, klepiąc mnie pokrzepiająco po ramieniu.
- Tak, tak - odpowiedziałem niemal natychmiast. Zrobiło mi się czarno przed oczami, na ślepo odszukałem ściany i stojącego przy niej krzesła. Usiadłem by się uspokoić. Doktor chyba nie wmówi mi, że informowanie ludzi o śmierci z taką lekkością jest wynikiem 20 letniej wprawy. Gdy zrobiło mi się lepiej, doktora już przy mnie nie było.
Powolnym krokiem doczołgałem się pod salę numer 13, ująłem klamkę w obie dłonie. Dla kogoś takiego jak ja te drzwi były strasznie ciężkie do pociągnięcia. Po siłowaniu się z klamką, wszedłem do środka. Od razu pobiegłem przytulić się do jego chudego i zmarnowanego ciałka.
- Co się stało, malutki? - Zapytał troskliwie. Widząc, że zamiast odpowiedzieć głośno płaczę jął szeptać miłe słówka. Ostatni raz głośno załkałem i wyprostowałem się siadając na krawędzi łóżka.
- Powiesz mi wreszcie dlaczego płaczesz? - zapytał. Wytarłem nos w rękaw bluzy i chwilę zastanowiłem się jak ująć to w słowa
- Kai...- zacząłem niepewnie- Ty mnie nie zostawisz... Prawda? - spytałem jak kilkuletni chłopczyk niczego nie świadomy.
- Nie zostawię - uśmiechnął się - Przynajmniej nie do momentu kiedy przyjdziesz tu z Akirą za rękę i głośno ogłosisz mi, że naprawdę jesteś szczęśliwy- ponowił promienisty uśmiech i przytulił mnie do siebie.
- Kai, on nie chce mnie znać -Powiedziałem zasmucony tym faktem. Mina nagle mu zbledła i przybrał poważniejszy ton.
Zacząłem opowiadać mu wszystko od początku. Kiedy byłem przy Tanabe mogłem wyżalić ze wszystkiego. Zatracałem się w mówieniu jakbym odmawiał mantrę, a on po prostu mnie wysłuchał, pocieszył, przytulił...
- I wtedy powiedział, że mnie kocha - na samą myśl o tym, na moją twarz wpłynął delikatny zarys uśmiechu, a w oczach mieniło się kilka łez.
Misternie skubałem opuszki palców, wpatrując im się zawzięcie. Na twarzy Tanabe malowało się zaskoczenie i jakaś nadzieja ma ciąg dalszy.
- No i czemu do cholery nie jesteście razem!? - krzyknął nie wytrzymując moich powolnych objaśnień.
- Nie rozumiesz, ze to dla mnie nie takie łatwe?! - Podniosłem głos odruchowo wstając z łóżka - Ehh, przepraszam - westchnąłem
- Nie, to ja przepraszam. Nie powinienem...
- Ja już pójdę... - zabrałem torbę i posłałem mu delikatny uśmiech. Nachyliłem się jeszcze i nerwowo zacząłem poprawiać mu poduszkę.
- Zostań - złapał mnie za nadgarstek.
Mój wzrok napotkał się z jego oczami, w których od dawna widniał już tylko smutek. Wiedziałem, że tylko udaje, a tak naprawdę jest mu ciężko z świadomością, że w każdej chwili może umrzeć. Odetchnąłem i ostatecznie usiadłem na poprzednim miejscu. Nie chciałem pokazywać swoich fochów w jego może ostatnie już dni. Potem dręczyły by mnie wyrzuty sumienia.
- Ja po prostu chcę żebyś był szczęśliwy...
- Jestem... - nieśmiało wzruszyłem ramionami i sztucznie się uśmiechnąłem.
Nie była to prawda, ale nie chciałem męczyć go tylko dlatego, że mam nie po kolei w głowie i wszystkiego się boję. Chociaż mogłem liczyć się z tym, że Tanabe i tak mi nie uwierzy. Spojrzał na mnie spod byka czekając aż zmięknę - Nie uwierzyłbym Ci nawet gdybym znał Cię od dziś - Dopowiedział. Chwilę ciszy przerwał głębokim westchnięciem.
- Takanori, to udawanie nie ma sensu. To cię wykończy - mruknął marudnie - Chodź tutaj... - objął mnie ramionami. - Powiedz mu - powiedział niby dodając mi otuchy i patrząc mi głęboko w oczy, w których pod przykrywką ciemnych tęczówek dostrzec można smutek zmieszany z bólem, a z pod powiek uciekające łzy.
- Nie mogę- szepnąłem odwracając wzrok - Nie mogę... - powtórzyłem płaczliwie.
- Zrób to dla mnie, nie chcę cię zmuszać, ale obserwuję was od jakiegoś czasu i niekiedy dziwię się waszej głupocie, wy jesteście dla siebie...
- Jak to obserwujesz? - popatrzyłem na niego niezrozumiale.
- Wyobraź sobie, że jestem nie tylko twoim spowiedelnikiem.​ - pocałował mnie w czoło i opadł bezwładnie na łóżko
- O - on tu był...? - zapytałem zaskoczony.
- Bywał dopóki go tak okrutnie nie potraktowałeś - odpowiedział pół żartem.
Przychodziłeś tu, a ja nic nie wiedziałem? Gdybyś naprawdę mnie kochał dalej byś się starał, nie zostawiłbyś mnie z dnia na dzień jakbym nic dla Ciebie nie znaczył.
- Nie chciałem Cię urazić... - dodał po chwili.
- Co? Nie, zamyśliłem się...
Gadaliśmy jeszcze długo, robiło już się późno, więc powoli zacząłem zbierać się do domu.
- Pójdę już - powiedziałem. Nie chciałem go opuszczać.
- Wrócisz jutro? - zapytał - Z Akirą?
- Tanabe, nie zaczynaj, proszę cię - skrzywiłem się.
- I tak będziecie razem - zaśmiał się ukazując swoje dołeczki. Mi nie było do śmiechu.
- Mhm, to dobrze - mruknąłem nawet nie zwracając uwagi na to co powiedział - Do jutra, trzymaj się - cmoknąłem go w policzek i wyszedłem.
Przed wyjściem z szpitala rzuciłem lekarzowi Imada krótkie ,,Do widzenia". Wydostałem się z przychodni i moim oczom ukazał się piękny zachód słońca. Szedłem przez las, a korony drzew odbijały swoje cienie na poszarzałej ścieżce. W powietrzu unosił się zapach świeżo skoszonej trawy. Wszystko tworzyło piękną scenerię, tylko coś mi nie pasowało, a właściwie to ktoś. Niedaleko dostrzegłem Cię i kogoś jeszcze. Stałeś i wdzięczyłeś się do jakiejś siksy. Przeleciałeś wzrokiem, a gdy mnie zobaczyłeś nachyliłeś się i pocałowałeś chudą japonkę w usta. Zrobiłeś to specjalnie, prawda? Chciałeś sprawić mi tym ból, odegrać się za to co Ci wtedy powiedziałem? Udało Ci się. Zabolało. Zabolało i to cholernie. Biegiem wyminąłem waszą dwójkę. Całą drogę powrotną wmawiałem sobie, że skoro powiedziałem ci ,,nie" masz prawo być szczęśliwy z kimś innym. Długo już z nią jesteś? Może od razu następnego dnia poszukałeś sobie pocieszenia? Wiesz co? Nienawidzę Cię. Nienawidzę Cię za to, że nie potrafię przestać Cię kochać. To tak cholernie bolało, brakowało sił by samemu dać sobie z tym radę i zapomnieć. Wbiegłem do domu.
Widziałeś jak płaczę, kolejny raz przez Ciebie, dawało Ci to satysfakcję? Pobiegłem do pokoju i zamknąłem się na klucz. Nie wychodziłem stamtąd do rana, przepłakałem praktycznie całą noc, dzięki czemu powstały z trzy nowe piosenki. Z domu nie wychodziłem jeszcze kilka dni, nie jadłem praktycznie nic oprócz rzeczy, które na siłę wcisnęła mi babcia. Cały dzień spałem, pisałem piosenki lub siedziałem i jak dziecko z autyzmem wpatrywałem się w sufit lub kołysałem w tą i z powrotem. Zachęcające głosy starszej kobiety w niczym nie pomagały. Wiedziałem, że kiedy tylko opuszcza próg mojego pokoju kręci głową z politowaniem. Pewnie przeleżałbym tak dobre kilka tygodni, gdyby nie babcia. Nie wytrzymała i zaczęła krzyczeć. Wiedziałem, że się martwi, więc postanowiłem wrócić do szkoły. Tego ranka jak dawniej przygotowywałem się do pójścia do szkoły. Na odchodne upiłem malinowej herbaty i ruszyłem autobusem do budynku. Jak zawsze przed pierwszą lekcją zszedłem na dół by dostać się do swojej szafki. Nie obyłoby się bez spotkania naszych zakochanych gołąbków.
Otworzyłem drzwi i mój wzrok od progu już napotkał się z Twoim i tej jak jej tam. Znowu zaczęliście się do siebie wdzięczyć, a ja znów nie wytrzymałem. Nie odwracając od was wzroku zacząłem cofać się do tyłu. Huknąłem całym ciałem o drzwi z tyłu, ale to nie miało dla mnie znaczenia. Pchnąłem je i wybiegłem powstrzymując łzy.
- Czekaj! - krzyknąłeś biegnąc za mną po schodach.
- Zostaw mnie w spokoju! - wydukałem zapłakanym głosem.
Nie odpuściłeś, wytrwale goniłeś mnie nie dając za wygraną. Zmęczony opadłem na ostatni schodek najwyżej położonych schodów. A Ty już spokojniej usiadłeś obok, dając czas na opanowanie łez.
- O co Ty się właściwie wściekasz, co? - zapytałeś dosyć niegrzecznie.
- O gówno - warknąłem chowając twarz pod objęciami ramion.
- Jeżeli chodzi ci o Tetsu, to jest moja kuzynka, jest tu nowa.
- Kuzynek się nie całuje, o ile wiem - odgryzłem się nadal chowając twarz. Mimo wszystko poczułem ulgę, że to tylko kuzynka.
Chciałeś coś wyjaśnić, ale ostatecznie zapytałeś  -A co, zazdrosny jesteś?
prychnąłem
- Jeżeli chcesz to mogę ci to wytłumaczyć.
W tym momencie rozbrzmiał dzwonek ogłaszający lekcję
- Może innym razem - mruknąłem i wstałem.
- Poczekaj! - złapałeś mnie za nadgarstek.
Odwróciłem się w Twoją stronę i odetchnąłem
- Akira, ja naprawdę nie potrzebuję żebyś mi się tłumaczył, przecież nie jestem dla ciebie nikim ważnym - dodałem twardo.
- Jak to nie? - spuściłeś głowę mówiąc półszeptem. Ostatecznie usiadłem obok. Twoja zawiedziona mina nie pozwoliła mi odejść obojętnie - To dlaczego widząc mnie z Tetsu, płakałeś?
- Bo... Akira, to co wtedy ci powiedziałem nie była do końca prawda. Ja po prostu nie lubię kiedy mówi się o mojej mamie, strasznie mnie to zezłościło i... - nie dokończyłem gdyż przerwały mi Twoje ciepłe wargi łączące się z moimi. Mimowolnie jęknąłem Ci w usta, lecz po chwili delikatnie Cię odepchnąłem. Nasze twarze dzieliło kilka centymetrów, a Ty i tak uparcie wpatrywałeś mi się w usta.
- Zrobiłem to specjalnie - szepnąłeś - Specjalnie cię ignorowałem i całowałem Tetsu, myślałem, że wtedy coś zrozumiesz..
- Ale my nie możemy być razem - jęknąłem odwracając się bokiem.
- Dlaczego?
- Bo ja nie potrafię, rozumiesz? Ani przez chwilę nie czułeś tego co ja, więc jak możesz cokolwiek o mnie wiedzieć? Nie umarli Ci rodzice i łatwo jest ci komukolwiek zaufać - wybuchnąłem płaczem - Ty.. ty pewnie zawsze miałeś to, czego chciałeś - dodałem ciszej z pewną zazdrością. Objąłem kolana ramionami i przytuliłem się do nich cicho łkając.
- To nie prawda. Może mam rodziców, ale to że ty nie masz cię w żaden sposób nie wyklucza. Nie zapomnisz o tym, przez ciągłe uciekanie - szepnąłeś. Przysunąłeś się bliżej mówiąc nad moim uchem.
- Kiedyś, gdy byłem mały otrzymałem moje wymarzone buty. Pokochałem je od pierwszego wejrzenia. Wszystkie dzieciaki mi ich zazdrościły, wiesz? Dbałem o nie, ale mimo to, ktoś zrobił to za mnie. Zniszczył je. Nie mogłem się po tym pozbierać, aż w końcu mama kupiła mi nowe. Nigdy nie zapomniałem, co stało się z poprzednimi, więc te odstawiłem na półkę. Tak bardzo bałem się, że znowu je stracę, więc w nich nie chodziłem. Popełniłem wielki błąd, Takanori. Wyrosłem z nich. Tak samo będzie z Twoim sercem jeżeli nie będziesz go używać.
- Ludzkie serce to nie buty - fuknąłem, ale mimo to musiałem przyznać, że masz trochę racji.
- A jaka jest różnica, jeśli nie będziesz go używać?
Nie potrafiłem odpowiedzieć, pierwszy raz pomyślałem o tym, że ktoś może mieć co do tego rację. Zabrakło mi argumentów. Poczułem się tak, jakbyś dokładnie wiedział co czuję w tej chwili
- Co ja mam zrobić? - spojrzałem na Ciebie zapłakanymi oczami.
- Zaufać, Takanori. Jak nie mnie, to komuś innemu. Na pewno kogoś takiego znajdziesz - poklepałeś mnie pokrzepiająco po ramieniu i zacząłeś odchodzić. Doszło do mnie, że przez cały ten czas  nie byłeś moim wrogiem, cały czas byłeś przy mnie, byłeś nawet gdy tego nie zauważałem. Starałeś się pomóc, nawet gdy uparcie Cię odpychałem.
- A co z Tobą? - spytałem cichutko.
- Nie będę Ci więcej przeszkadzać, ale pamiętaj, że jak będziesz czegoś potrzebować, będę zawsze. - wymusiłeś delikatny uśmiech.
- Nie - odparłem. Pociągnąłem Cię na miejsce obok i wkradłem Ci się na kolana. - Kochaj mnie.
Patrzyłeś na mnie przez chwilę, próbując doszukać się prawdy w moich oczach, po czym przytuliłeś pewny już naszych uczuć.

_________________________________________________________________

* An Cafe - Alone.

Przepraszam za ciągłe opóźnienia z dodawaniem notatek. Za niedługo dostanę swój komputer już naprawiony, więc myślę, że jeżeli bd dużo komentarzy dodam resztę nowych opowiadań i one-shotów, które trzymam w zeszycie. Na pewno jakoś wynagrodzę to czekanie. c:




3 komentarze:

  1. Ojej...~
    Ten rozdział podobał mi się ze wszystkich z serii ''Love can touch [...] '' świetnie napisany. Cieszę się, że Ru-chan wreszcie zrozumiał. Nie przejmuj się przerwami, cierpliwie poczekam ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Jejku to było takie słodkie :D Szkoda mi Kai'a nie chcę, żeby umierał T.T

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękne
    Aż uroniłam pare łez c;
    ~Chizu

    OdpowiedzUsuń