piątek, 13 grudnia 2013

Sanktuarium czarnej bestii.

Witam Was cieplutko!
Czy ktoś tutaj jeszcze zagląda? T.T
Znowu wielka przerwa między postami, ale wena, znowu mi jej zabrakło, aż do teraz.
Wstawiam dla Was one shot'a, którego napisanie zajęło mi jakieś sześć (?) godzin.
Jest to mały przerywnik pomiędzy kolejnymi rozdziałami "Żyj tak jakby jutra być nie miało", które pokażą się dopiero po nowym roku. Tak strasznie mnie natchnęło i mam nadzieję, że uda mi się napisać kilka części na przód. A na święta szykuję dla Was niespodziankę!
To tyle.
Koniec mojego gadania i zapraszam.~
UWAGA: scena erotyczna i nie za bardzo poprawione. (brak chęci na cokolwiek ;_; )
Enjoy.
~~~
  Kolejny występ.
  Kolejne piosenki i fanservice.
  Rutyna.
  Przestałem z czasem zwracać uwagę na piski fanek i migające flesze, które oślepiały moje oczy, ale tym razem rozpraszała mnie śliskość parkietu. Moje buty same ślizgały się po wypolerowanej powierzchni sceny, od której światła odbijały się raz po raz wprost w moje oczy. Z każdym przejściem się omal nie traciłem równowagi, ale nie mogłem stać w miejscu. Koncert trwa! Byłem pewien, że to wszystko wina moich nowych butów. Tak, tak, moje cudeńka, które otrzymałem od Reity.
Stał właśnie obok mnie pochłonięty graniem na basie, aby dać z siebie wszystko. Jak zawsze. To w nim lubiłem. Nigdy się nie poddawał i dawał z siebie sto procent niezależnie od sytuacji, a gdy tylko słyszał niskie dźwięki, wydawane przez ten instrument od razu stawał się inny.
  Próbowałem podbiec do niego, zwinnie omijając kable. Nagle czas się zatrzymał, a okrzyki radości fanów zmieniły się w krzyki przerażenia; muzyka ucichła. Moje kochane buciki mnie zawiodły. Kiedy je kupowałem, byłem z nim.
                                                              [ FLASHBACK]
  Zaprosił mnie na zwykły spacer, taki przyjacielski wypad, który cieszył mnie bardziej niż cokolwiek. Chwila bycia sam na sam z nim to coś niesamowitego. Poszliśmy na kawę, ciasto. Nic specjalnego, ale podczas tego spotkania serce z łomotem waliło o moją klatkę piersiową, chcąc się z niej wydostać, a przez ciało przechodziły przyjemne dreszcze, gdy tylko na mnie spojrzał lub mnie dotknął. Przechodziliśmy właśnie obok sklepu z butami. Na wystawie od razu rzuciła mi się w oczy jedna para.
Pociągnąłem go za rękę do budynku, w którym unosiła się cudowna woń nowych butów i od razu pomknąłem do regału, na którym się znajdowały. Nie zwracałem nawet uwagi, że swoją torbą trąciłem kilka pudeł, które zostały zebrane przez Akire. Sięgnąłem z trudem po mój numer. Leżały idealnie. Nic dodać, nic ująć. Towarzysz przyglądał mi się z rozbawieniem, a ja z zachwytem przyglądałem się swojemu przyszłemu zakupowi.
  Otworzyłem torbę w poszukiwaniu portfela. Przeszukiwałem ją, klnąc cicho pod nosem; papierosy, zapalniczka, telefon... wszystko, co w tej chwili było mi niepotrzebne! Zaskomliłem żałośnie, gdy nie mogłem poszukać pieniędzy, nawet po wyrzuceniu zawartości na podłogę. Akira zaśmiał się z mojej żenującej postawy i pomachał mi swoim portfelem przed twarzą. Naburmuszyłem się lekko.
  - Kiedyś mi oddasz.
  Nie wyglądał na takiego, który przejmuje się ich wysoką ceną.
  Zebrałem wszystko z podłogi i niezdarnie z kartonem w dłoniach podbiegłem do kasy.
  Zapłacił za mnie, a w domu powiedział, że nie muszę mu oddawać.
                                                          [ FLASHBACK END]
  Moja głowa boleśnie zderzyła się z czymś twardym. Zapanowała ciemność i cicza.
  Umarłem?
***
  Przeraźliwy chłód był pierwszą rzeczą jaką udało mi się zanotować po obudzeniu. Następnie odczułem ból przeszywający całe moje ciało, który zagnieżdżał się wraz z chłodem między moimi mięśniami, powodując nieprzyjemnie dreszcze i skurcze. Czułem się jakbym przebiegł maraton na środku Syberii. Leżałem na czymś twardym i równie chłodnym, co powietrze wokół.
  Kamień? Bardzo duży kamień?
  Poczułem zapach sosen. Dokładnie taki sam jaki towarzyszy mi i Reicie podczas każdego wyjazdu za miasto jego samochodem.
  Otworzyłem gwałtownie oczy, siadając do pionu. Nie zwróciwszy nawet uwagi na pulsujący ból w mojej głowie, który nasilał się z każdym ruchem, rozejrzałem się dookoła. Widok zaparł mi dech w piersiach.
  Nic. Nic oprócz otaczających mnie wysokich drzew i krzewów, które zawzięcie walczyły o dostęp do światła, którego były nikłe smugi poprzez ogromne, zielone korony drzew. Znajdowałem się na środku lasu. Sam. Sam jak palec pomiędzy tym przytłaczającym zielskiem.
  Spojrzałem po sobie. Byłem nagi. Jedynie niewielki skrawek białego materiału przykrywał moje zmarznięte krocze. Naciągnąłem go bardziej na uda.
  Gdzie ja do cholery jestem!?
  Zacząłem panicznie rozglądać się po okolic, która z każdej strony wyglądała niemalże tak samo! Zsunąłem się z wielkiego głazu, a tępy ból rozchodzący się od potylicy zamroczył mi obraz i ogłuszył całkowicie. Oparłem się o pień, który był pokryty milutkim w dotyku mchem. Przymknąłem oczy, próbując uspokoić mój galopujący niczym stado koni oddech.
  Myśl racjonalnie. Skoro w jakiś magiczny sposób się tu znalazłeś to muszą być jakieś ślady. Jakiekolwiek. Strzępki ubrań, ślady stóp czy ciągnącego po ziemi ciała.
  Spojrzałem w dół. Faktycznie. Na leśnej ściółce znajdowały się ślady stóp. Nie były moje. Były większe o rozmiar, albo dwa. Tworzyły małą ścieżkę, którą zacząłem podążyłem, nie zważając na drzewa, które bądź co bądź cholernie mnie przerażały.
  Robiło się zimno, pocierałem swoje ramiona, kuląc się coraz bardziej, a narastająca ciemność ograniczała mi pole widzenia.
  Nagle usłyszałem coś na wzór trzepotu wielkich skrzydeł. Pierwszą moją reakcją był uskok w bok i schowanie się gdzieś pomiędzy krzakami. Spanikowałem. Nie potrafiłem biegać, a co dopiero się bronić. Byłem tchórzliwy. Strach zapanował całym moim ciałem, powodując paraliż mniej więcej od stóp do... głowy. Nie mogłem się ruszyć i stałem jak słup soli, licząc w myśli, że to nic groźnego.
Usłyszałem kolejny trzepot, ale tym razem razem bardziej nad swoją głową.
  Zaraz, zaraz... Przecież to mogą być jakieś ptaki, albo coś innego.
  Ta myśl sprowadziła mnie na ziemię, odstraszając te niechciane, czarne wizje. Znów mogłem oddychać i się ruszać.
  Z trudem wydostałem się spomiędzy chaszczy i wróciwszy na ścieżkę, ruszyłem dalej.
  Koniec z tchórzostwem, Ruki. Pamiętaj, jesteś dzielnym mężczyzną. Musisz się stąd wydostać, bo chłopcy na pewno na ciebie czekają.
  Powtarzałem sobie w myślach, dumnie krocząc śladami. Jednak moja odwaga nie potrwała długo. Kilka chwil później niemalże dostałem zawału, gdy głośny trzask, a potem huk rozniósł się po lesie. Hałas łamiących i opadających bezwładnie wielkich i grubych pni wywołał u mnie napad paniki. Odruchowo w napadzie paniki zacząłem uciekać najszybciej na ile było mnie stać.
  Już dawno zboczyłem ze ścieżki, a jeszcze wcześniej dostałem zadyszki, aczkolwiek wciąż łamiące się- niczym zapałki- drzewa dawały mi motywacji do jeszcze szybszego biegu.
  KURWAAAA...!
  Gdyby nie ludzka anatomia, moje serce, które wali jak oszalałe dawno wyplułbym gdzieś po drodze na zarośnięte mchem kamienie, a później zostałoby zgniecione przez to coś za mną. Ucieczka tak mnie zaślepiła, że nawet nie chciałem, ba, nie byłem nawet w stanie sprawdzić, co jest celem mojej zawziętej ucieczki. Wystarczyło mi, że było cholernie wielki, bo przecież swoim cielskiem taranowało wszystko na drodze bez wielkich oporów i ganiało za mną, będąc coraz bliżej. Oddychało to głośno, prawie charczało, ale ja w swoich uszach słyszałem tylko szum i własny paniczny krzyk w mojej głowie, który przeklinał ten dzień i wołał o pomoc.
  Oddech tego monstrum zaczął zmieniać się w warczenie. Poczułem swąd dymu oraz gorąc... to w ogóle nie było związane z tym, że mięśnie wcześniej zastałe z zimna teraz paliły mnie żywym ogniem, kiedy to niezdarnie przeskakiwałem przez korzenie i kamienie czy ledwo wyrabiałem z omijaniem potężnych drzew, które i tak później zostały zburzone.
  Spojrzałem tylko raz... Był to mój ogromny błąd, bo to co zobaczyłem przerosło wszelkie wyobrażenia. Przeogromny czerwono- zielony jaszczur na wzór krokodyla, miał ogromne zęby i skrzydła pokryte cienką, lśniącą błoną. Posiadał również ogromne pazury, które bez większych oporów kosiły stare, sędziwe drzewa.
  Obudź się... OBUDŹ SIĘ!
  Wrzeszczałem w myśli, a w końcu piski i krzyki zaczęły opuszczać moją jamę ustną, kiedy traciłem siły, które i tak towarzyszyły mi bardzo długo
  Przecież to nie mogło dziać się naprawdę. To musiał być sen! Takie coś nie lata po ziemi i nie zabija ludzi ot tak!
  Poczułem w oczach wzbierające się łzy, które rozmazywały mój obraz. Chciałem znaleźć się w miejscu, w który będę całkowicie bezpieczny.
  Wbiegłem w pustą przestrzeń. Nic więcej tylko szczere pole porośnięte złotą, powoli rosnącą pszenicą, która kołysała się delikatnie od słabego wiatru. Nerwowo rozejrzałem się dookoła . Nie było tam nic. Nic oprócz linii horyzontu.
  Zatrzymałem się. Nie dlatego, że chciałem, a dlatego, że najzwyczajniej w świecie nie miałem już sił na ucieczkę przed tym potworem. Opadłem na kolana, wyjąc żałośnie. Zobaczyłem przed sobą mężczyznę. W czarnym, długim płaszczy, który powiewał na wietrze tak samo jak pszenica. Twarz miał zasłoniętą czarną maską bez żadnych otworów, a głowę miał obwiniętą chustą w tym samym kolorze.
  Mężczyzna podniósł rękę, gdy niedaleko mnie znajdowała się bestia, a ona synchronicznie z jego ruchem wzleciała ku górze. Łopot skrzydeł bił po uszach. Skuliłem się, zasłaniając twarz rękoma.
  Nie chciałem tego widzieć.
  Nie chciałem tego nawet słyszeć!
  Cały się trząsłem, kuląc się twarzą do ziemi w pozycji embrionalnej. Poczekałem, aż ucichnie ten hałas i dopiero wtedy podniosłem głowę, patrząc wdzięcznym wzrokiem na wybawcę. Nie widziałem żadnego skrawka jego ciała oprócz pięknych, męskich dłoni, o krótkich paznokciach i długich palcach.
Dłonie gitarzysty.
Miał wyciągniętą jedną w moją stronę, tak jakby chciał udzielić mi pomocy.
  Zawahałem się. Obcy człowiek, który pojawił się znikąd i w dodatku nie bał się tego jaszczura oferuje mi teraz pomoc.
  W ostateczności podniosłem swoją drżącą dłoń i ująłem lekko jego. Nie byłem nawet w stanie myśleć o konsekwencjach, które mogły iść razem z ulegnięciem mu, ale byłem za bardzo zmęczony.
  Pomógł mi wstać. Nogi miałem jak z waty po tym długim i jakże wyczerpującym biegu. Od razu opadłem na niego niczym szmaciana lalka. Jego silne ręce złapały mnie mocno w pasie. Widząc w jakim jestem stanie, podniósł mnie, mocno trzymając na swoich rękach. Na początku chciałem się szarpać, wyrywać, krzyczeć, ale uległem bez walki. Ciągle byłem przerażony, a adrenalina buchała w moich żyłach.
  Nie do końca wiedziałem co się dzieje, ale pojawienie się nieznajomego dało mi wewnętrzny spokój i wrażenie bezpieczeństwa. Chwyciłem się kurczowo płaszcza zamaskowanego mężczyzny, a gdy ruszył drgnąłem lekko wystraszony. Dałem się ponieść w nieznane poprzez szczere pole.
***
  - Ruki, wypij to.
- Nie chcę.- mruknąłem zachrypniętym głosem, ponieważ gardło miałem zdarte od panicznego krzyku i chłodu.
  Odwróciłem głowę od siedzącego naprzeciw mnie mężczyzny.
  Nie odsłonił swojej twarzy, ani na chwilę. Jedynie zdjął długi, ciężki płaszcz, pod którym widniały czarne bojówki i T- shirt, a na silnych i lekko umięśnionych ramionach miał czarne tatuaże, które układały się dla mnie w jakiś nieokreślony sposób. Ciągle widziałem tylko te ładne ręce i tors zarysowany pod obcisłą koszulką oraz słyszałem tylko przyjemny dla ucha głos, niski, męski głos, który nakłaniał mnie do jedzenia i picia. Ale nie mogłem zobaczyć jego twarzy. Chciałem się napić, najeść, ponieważ mój żołądek zasysał się, boląc niemiłosiernie, ale robiłem to wszystko, aby nieznajomy uległ. Przyjąłem jedynie jakieś ubrania, odrobinę na mnie za duże. To wszystko wzbudzało we mnie frustrację.
  - Mama mi zawsze powtarzała, abym niczego nie brał od nieznajomych.- jeszcze bardziej podkuliłem pod klatkę piersiową i ciaśniej je objąłem, tłumiąc ból.
- Nie jestem nieznajomym, Ruki.
- Łatwiej byłoby mi stwierdzić, gdybyś zdjął maskę, albo się przedstawił.- mruknąłem obojętnie.
  Wbiłem wzrok w parujący kubek z herbatą, który stał na stoliczku obok, ale dzielnie udawałem niewzruszonego, mimo że zapach cytryny sprawiał, że wypiłbym to jednym haustem.
  Znajdowaliśmy się chyba w jego domu. Niska, zbudowana z bali chatka na granicy złotego pola i niosącym ze sobą grozę lasem. Domek był niewielki. Miał tylko cztery okna, po jednym na każdej ścianie, składał się z dwóch izb i powątpiewam, aby miał łazienkę. Nie było łóżka. Siedziałem na grubym, milutkim kocu, oparty o chłodną, brązową ścianę, a w tej izbie był tylko stolik z dwoma krzesłami i jeszcze jedno posłanie naprzeciw mojego. O TV, komputerze czy internecie przestałem już marzyć. Nie miał nawet fajek. Czułem się jak w średniowieczu, bo nawet, gdy mężczyzna był w tamtym płaszczu to wyglądał jak z tamtej epoki. Czarna, teatralna maska bez uczuć i chusta wokół głowy. Był przeciwieństwem białego anioła. Był czarną bestią, a ja znajdowałem się w jego sanktuarium.
  - Nie znam cię- dodałem po chwili.
- Znasz bardziej niż ci się to wydaję, Takanori.
  Skąd znał moje imię? Nie przedstawiałem się, bo szczerze powiedziawszy zapomniałem o tym, ale także nie pytałem o jego imię.
  - Skąd wiesz jak się nazywam?
- Kiedyś się o to pytałem. Nie pamiętasz mnie?
  Przygryzłem wargę tak mocno, aż poczułem metaliczny smak krwi. Czułem się źle. Zmęczony, spragniony, głodny i sfrustrowany. W dodatku patrząc na jego twarz, a raczej maskę, czułem jak obserwuje mnie, mimo że nie miała ona żadnych otworów. Czułem jego spojrzenie na mnie. Jak bacznie mnie obserwuje, każdy mój choćby najmniejszy ruch. Znowu zacząłem wgapiać się w kubek.
  Może powinienem się napić?
  - Nie będę wiedział kim jesteś dopóki nie pokażesz mi swojej twarzy, lub nie zdradzisz imienia.
Z całych sił starałem się być cholernie poważny, ale nie widząc jego oblicza było to trudniejsze niż mogłoby się wydawać.
  Nieznajomy westchnąłem zrezygnowany i wstał z podłogi, na której siedział razem ze mną. Poprawił koszulkę i chustę, która niemalże spadła mu z głowy i równym, dostojnym krokiem wyszedł. Gdy tylko zniknął za drzwiami drugiej izby, rzuciłem się na herbatę, pijąc ją kilkoma łykami. Była pyszna. Ciepła, cytrynowa... Taka jaką lubię. Położyłem się na koc i zasnąłem, zostając samemu w pomieszczeniu.
***
  Nigdy nie czułem takiego bólu w mięśniach jak teraz po tym panicznym biegu w ucieczce przed smokiem. Tak, był to smok. Powiedział mi o tym mężczyzna. Wspomniał również, że był niegroźny, ale nie chciałem w to uwierzyć, bo po kiego by mnie gonił? Byłem dla niego potencjalną przekąską, którą mógł zjeść bez większych oporów.
  Siedziałem cały czas sparaliżowany bólem w domu obcego. Trwało to już kilka dni. Zawzięcie twierdził, że mam się nie ruszać, ale ja doskonale wiedziałem z lekcji biologii, że zbolałe mięśnie należy rozchodzić. Mimo wszystko przystawałem na to, ponieważ obiecał mi, że gdy będę posłuszny to pokaże mi swoją twarz. Ale dlaczego nie chciał mi jej pokazać? Był szpetny i obawiał się odrzucenia czy może chciał pozostać anonimowy?
  Zawsze, gdy pozwalałem mu na rozmasowanie moich nóg i pleców, na co zgadzałem się bez oporów, obserwowałem przez okno niebo, które raz po raz było przecinane wielkimi jaszczurami. Było ich tu o wiele więcej. Niebo było tu piękniejsze niż w Tokio. Czyste, lazurowe, niemalże bez chmur, a gdy się je obserwowało to samemu cisnęły się nowe teksty piosenek.
  Jadłem również wszystko, co przygotował do jedzenia. Nie był najlepszym kucharzem, można by rzec, że w ogóle nie potrafił gotować, ale nie chcąc sprawić mu zawodu jadłem wszystko, uśmiechając się.
Któregoś wieczoru przysiadł przy mnie, gdy wpatrywałem się w ciemnie niebo usłane małymi, migającymi gwiazdkami. Przyzwyczaiłem się, że czasami łapał moją dłoń i splatał nasze palce, przytulał mnie, a czasami zdarzało się, że razem spaliśmy. Z początku wydawało mi się to dziwne, ale kiedy stwierdziłem, że jego dotyk sprawia mi przyjemność- nie protestowałem.
  Tak było i teraz. Chwycił moją dłoń, muskając jej wierzch opuszkiem kciuka. Przymknąłem oczy, czując przyjemność i delikatni dreszcze, które rozchodziły się wzdłuż mojego kręgosłupa. Trwaliśmy w bezruchu, wsłuchując się w nasze spokojne oddechy, gdy on nagle wyplótł palce spomiędzy moich. Uchyliłem leniwie i z dezaprobatą jedno oko, aby sprawdzić, co jest tego powodem, ale on był szybszy i przysłonił mi oczy czarną chustą, którą zdjął ze swojej głowy. Podniosłem dłonie, aby ją zdjąć, ale on mnie lekko trzepnął swoimi.
  - To dla wygody- powiedział tym ciepłym tonem głosu.
  Opuściłem dłonie.
  Dlaczego tak bardzo unikał pokazania swojej twarzy? Był dobrym człowiekiem. Nie zwróciłbym uwagi na to jak wygląda, nawet gdyby był paskudny.
  Pochyliłem lekko głowę, aby ułatwić mu zawiązanie chusty na tyle mojej głowy.
  - Widzisz coś?- poczułem jak macha mi ręką przed twarzą.
- Nic, a nic, kompletnie.
  Usłyszałem jak zdejmuje maskę, aby chwilę później włożyć mi ją do rąk. Usta same mi się uchyliły, gdy z zachwytem badałem jej gładką strykturę. Czułem przy tym, że mężczyzna jest blisko, ale nie zwróciłem na to uwagi. Do momentu... momentu, gdy ujął swoimi palcami moją brodę i coś miękkiego, ciepłego musnęło moje rozdziawione usta. WARGI!?
  Siedziałem w bezruchu, nie odsuwając się nawet na milimetr. Jedynie, co zrobiłem to delikatnie przymknięcie swoich ust. Wtedy poczułem to samo, ale pewniej. Zadrżałem. Teraz byłem pewien, że to jego wargi. Lekko szorstkie i spierzchnięte, ale nadal przyjemne. Zacisnąłem mocno palce na jego sztucznej twarzy i poczułem to kolejny raz, ale zostało to wyprzedzone oblizaniem mojej dolnej wargi. Następnie ścisnął moje policzki, aż sam rozchyliłem usta i wtedy przyległ do mnie cholernie mocno. W wyniku szoku wypuściłem maskę, która z brzękiem opadła na podłogę. Gdy delikatnie przygryzł moją wargę, stęknąłem mimowolnie, co bardzo mnie zawstydziło, a moją twarz oblał rumieniec. Czułem jak moje policzki płoną.
Próbowałem go od siebie odsunąć, ale przywarł tak mocno, że zdało się to na nic. Walczyłem jeszcze chwilę, ale jego kolejny ruch pozbył mnie całkowicie woli walki. Ten język, który kilka sekund wcześniej dotykał moich ust... znalazł się teraz w nich! Jedna część mnie mówiła, aby coś z tym zrobić, ale sposób w jaki mnie całował, w jaki badał moje podniebienie i całe wnętrze był bardzo przyjemny. Nie mogłem uwierzyć, że uległem, że to zrobiłem teoretycznie bez walki. Czułem się niezręcznie... nie... całowanie z facetem samo w sobie było niezręczne w dodatku nie znając jego twarzy, imienia, nie wiedząc o nim niczego.
Nie wiedziałem co zrobić, jak reagować, ani jak się zachować. Cały czas był tylko nieznajomym, mimo że miałem nieodparte wrażenie, że znam go bardzo dobrze.
  Jego dłonie znalazły wsparcie na moich bokach, a ciężar jego zionącego ciepłem ciała naciskał na moje, skłaniając tym samym, abym się położył. Uległem. Znowu to zrobiłem.
  Gdy tylko przerwał namiętny pocałunek i swoje usta przeniósł na moją szyję, wydałem z siebie cichy jęk, a moim ciałem targały spazmy przyjemności, w wyniku czego lekko się wygiąłem. Teraz moje ciało idealnie przylegało do jego.
  Podobało mu się to. Wiedziałem to, gdy zachłanniej maltretował moją szyję, a swoimi dużymi dłońmi wodził wciąż wzdłuż moich boków. W pewnym momencie zdjął ze mnie koszulkę.
  - P- przestań...- moje usta poruszyły się mimowolnie, a ciało domagało się czegoś więcej.
  Poznał się na tym i nie przestał, wręcz przeciwnie. Dorwałem się do moich sutków, pocierając je drażniąco, a przez moje ciało przeszła fala gorąca. Moja twarz jeszcze bardziej się zaczerwieniła z kolejnym jękiem.    Nieznajomy umieścił kolano między moimi nogami, ocierając się znacząco, a o dziwo ruchy moich bioder wyszły mu naprzeciw.
  - PRZESTAŃ!- krzyknąłem, ale na darmo.
  Nie był to jedyny krzyk w tym momencie, ale kolejny wywołany był w inny sposób. Zaczął ssać wcześniej pocierane sutki. Było mi kurewsko dobrze, za co się wstydziłem, ale nie potrafiłem się, ani go powstrzymać.   Wbiłem lekko paznokcie w jego ramię i kark, wijąc się pod nim, głośno dysząc i wydając z siebie co jakiś czas jęki.
  Przestał męczyć moje aż nadto wrażliwe sutki. Zjeżdżał niżej. Niebezpiecznie niżej. Dźwięk rozpinanego rozporka odbił się echem w mojej głowie, aż w końcu materiał osunął się z moich bioder, pozostawiając nagie nogi. Byłem tak bardzo rozpalony, że ledwo powstrzymywałem się od krzyknięcia „Bierz go!”, ale starałem się cierpliwie czekać. Mężczyzna zaczął masować moje nabrzmiałe krocze przez materiał bokserek. Jęczałem i wiłem się jeszcze bardziej.
  Moje biodra same wypchnęły się do przodu, jakbym domagał się więcej... tak też było, nie wystarczały mi już te pieszczoty. Zostawił kilka pocałunków na moim podbrzuszu i zaczął zsuwać moją bieliznę. W końcu zostałem całkowicie nagi.
  Wszystko potoczyło się już szybko.
  Dźwięk odpinanego paska jego spodni i szelest rzucanych ubrań na podłogę. Łomot kopniętej gdzieś maski.
  Ponownie nade mną zawisł. Poczułem jak drażni palcem moje wejść. Wypchnąłem lekko biodra, ocierając się nabrzmiałym kroczem o jego podbrzusze. Jęknąłem cicho. Chwyciłem w dłoń jego twarz. Skóra była nadzwyczaj miękka, przyjemna w dotyku, długie rzęsy, zaokrąglony podbródek. Objąłem jego szyję ramionami, gdy zaczął napierać wcześniej zwilżonym palcem na moje ciasno zwarte ciało. Ale nie potrwało to długo.

  Rozszerzył moje uda bardziej. Krzyknąłem głośno, odchylając głowę do tyłu. Mój krzyk był taki głośny, że zapewne rozniósł się po całym lesie, płosząc ptaki na drzewie. To co zrobił było niezapowiedziane, ale podniecające, bo w końcu miałem w sobie pół sporego, grubego członka. Szarpnął lekko za moje biodra, zmuszając mnie, abym nabił się na niego do końca. Z moich ust ponownie wydobył się krzyk. Czułem jak jestem rozrywany od środka, ale domagałem się więcej.
  Oddychałem głęboko, próbując się rozluźnić, a on powrócił do pieszczenia mojej szyi. Chciałem pozostać w tej pozostać w tej pozycji jeszcze chwilę, przyzwyczaić się do jego obecności, ale mój... kochanek? się niecierpliwił. Zaczął poruszać się nieprzerwanie i szybko. Zawyłem z początku boleśnie, wbijając mu paznokcie w ramiona, ale mój głos szybko zmienił barwę na jęki rozkoszy, podniecenia, gdy tylko trafił w moją prostatę. Nie sądziłem, że może być to takie przyjemne. Trzymał mnie mocno za biodra, kołysząc mną w przód, w tył, w prawo, w lewo. Pomagałem mu w tym. Całą niewielką chatkę wypełniły moje głośne jęki rozkoszy i jego ciężki oddech. Był bestią.
  Działaliśmy jak dobrze naoliwiona maszyna. Jak trybiki w zegarku. Idealnie byliśmy zsynchronizowani. Jego pchające się biodra i dłonie, które było mocno ulokowane na moich oraz moje ruchy, które wychodziły jego ruchom na przeciw, uderzając z całym impetem w moją prostatę. Poczułem to przyjemnie mrowienie w podbrzuszu, które oznaczało, że jestem blisko. Ramiona jak i plecy rozdrapałem mu do krwi, którą poczułem pod swoimi paznokciami. Puścił moje biodra i odwiązał chustkę z moich oczu, cały czas ruszając się chaotycznie. Była ona przepocona, wiedziałem to, oraz naznaczona moimi łzami z początku. Oczy jednak otworzyłem dopiero po chwili. Nieznajomy zdążył już zawiązać swoją górną część twarzy, odsłaniając tylko usta. Takie charakterystyczne, pełne usta. Te same, które obserwowałem, gdy ich właściciel mówił do mnie, że pójdziemy na zakupy.
  Nagły spazm rozkoszy ogarnął moje ciało i doszedłem, krzycząc imię kochanka, które nagle mi się przypomniało.
***
  - Ruki...
- Taka, wszystko w porządku?
- Kurwa, obudź się!
  Próbowałem rozróżnić głosy, które mówiły nad moją głową. Uruha? Aoi? Kai? Leżałem na czymś miękkim. Bolała mnie głowa, a na swojej twarzy poczułem znajomy dotyk. Taki przyjemny... taki ciepły.
  Uchyliłem powieki.
  Znajome usta i ich brakujący element.
  Patrzył na mnie z góry, wyraźnie uradowany, że się obudziłem.
  - Reita- kun...
~~~
Dziękuję za uwagę!