poniedziałek, 11 marca 2013

LOVE CAN TOUCH US ONE TIME: PART V


Mijały tygodnie, dni, godziny... Tokio z dnia na dzień pokrywała grubsza warstwa jesiennych liści. Co u nas? Już od dawna nie byliśmy zwykłymi przyjaciółmi, ale jakoś żaden z nas nie odważył się spróbować czegoś więcej. Teraz każda kolejna lekcja, była tylko pretekstem do tego by się spotkać. Omawialiśmy kilka rzeczy, a potem zabierałeś mnie do kina lub do parku. Przytulałeś mnie kiedy niepewnie mówiłem Ci o swojej przeszłości. Powiedziałeś, że teraz może być już tylko lepiej... Że Ty tego dopilnujesz. Obiecywałeś. Nie wierzyłem Ci, chociaż próbowałem. Czułem się przy Tobie bezpieczny, ale zarówno bałem się. Boję się nadal. Boję się zaufać. Boję się odrzucenia, ale najbardziej boję się tego, że kiedyś odejdziesz. Znałem to aż za dobrze. Mama zawsze mówiła, że mnie kocha, ale gdyby tak było czy zrobiłaby to? Zostawiła mnie samego? Nie wiedziała, co się ze mną stanie, byłem jej obojętny. Jestem nadal. Obojętny wszystkim, więc nie kłam. Nie ufaj, Takanori. Nigdy więcej. Nigdy więcej nie zaufam...
Nigdy więcej już...


,,Zawsze szedłem sam. Gdy się odwracałem, wszyscy byli daleko za mną.
Nawet wtedy szedłem dalej. To było to, czym była siła.
„Nie boję się już niczego więcej" próbowałem szeptać do siebie...
Każdy kiedyś staje się samotny. Żyjąc tylko we wspomnieniach.
Dlatego, że potrafię kochać i się śmiać, nawet w samotności, będę walczyć.
Nie pokażę łez "


- Cześć- krótkie powitanie padło z Twoich spierzchniętych ust, które prawie nie drgnęły. Twój przytłaczający wzrok przeszywający moje ciało na wylot, od głowy do stóp. Spojrzałem na Twoje oczy ilustrujące moją sylwetkę i mruknąłem ledwo słyszalnie - hej. Włożyłem poczerwieniałe i drgające z zimna dłonie do kieszeni bluzy. Wtuliłem w nią bardziej głowę i prawie się nie odzywałem, nie licząc kilku mruknięć. Szliśmy na naszą ulubioną ławkę przy drzewie Sakury.
- Coś się stało, Taka?- zapytałeś wyraźnie zmartwiony moim zachowaniem.
Czemu musisz być taki opiekuńczy i troskliwy?! Sprawiłeś, że nawet w kimś tak zobojętniałym na świat jak ja coś pękło. Zobaczyłeś mój uśmiech tyle razy, choć to nie powinno się nigdy wydarzyć. Nigdy ktoś taki jak jak ty nie powinien się do mnie zbliżyć. Nigdy nikt nie powinien się do mnie zbliżyć. Nie wolno mnie kochać, jestem strasznym egoistą, uciekam od ludzi, by znowu nie zostać skrzywdzonym.
Bałem się?
Sam już nie wiem. Po pewnym czasie człowiek się przyzwyczaja i nie zwraca uwagi na to, że jest sam. To jest mu obojętne. Codziennie rano rzuca ten sztuczny uśmieszek na twarz i wychodzi z domu wyprany z jakichkolwiek ludzkich uczuć. Skrzywdzony i opuszczony tyle razy, kryje się pod tą maską i udaje niewzruszonego, kiedy go coś boli. Tak, Takanori, znasz to, przyznaj się tchórzu. Byłeś jedyny, Suzuki. Jedyny, któremu pokazałem, że umiem okazywać uczucia, zniszczyłeś tą maskę. Moją ochronę przed niebezpieczeństwem tego świata - ludźmi.
Zaufałem Ci jak idiota, a Ty i tak zostawisz mnie jak każdy. To nigdy nie powinno się zdarzyć. Gdybym mógł, nigdy nie wyszedłbym cię ratować wtedy, nigdy nie zaoferowałbym Ci pomocy, jak na normalnego człowieka przystało. Założyłbym swoją maskę i poszedłbym w przeciwną stronę. Nie pozwoliłbym na zniszczenie mojej pracy nad udawaniem obojętnego. Długo do tego dochodziłem, a Ty to od tak zrujnowałeś. To boli.
- Niech wszystko wróci do normy - stanowczo powiedziałem. Zatrzymałem się w miejscu, znowu zakładając moją starą maskę. Do tej właśnie postawy byłem przyzwyczajony. Uciekanie od problemów (ludzi) poprzez udawanie bezdusznego. A w środku? Strach. Nieustająca walka wszystkich negatywnych uczuć. Chęć zakończenia marnej egzystencji. Strach, tchórzostwo, odraza. Toksyczna mieszanka całego zła, bezradność. A z zewnątrz co? Umalowany chłopak bez jakichkolwiek uczuć. Kryjący się pod przydomkiem ,,dziwny''.
- Nie bardzo rozumiem... - przymrużyłeś oczy, jakbyś chciał się domyślić o co chodzi.
- No wiecznie Cię nie będę szkolić?
- Myślałem, że chodzi o coś więcej...
- Myślałeś - skwitowałem - I tylko tyle. Dzisiaj wieczorem przyjdź do mnie, zrobimy ostatnią lekcję, którą mam zapisaną. Potem się już nie spotykamy.- dopowiedziałem z pewnym żalem, którego nie mogłem pokazać. Postąpiłem słusznie, to musiało się tak skończyć. Nie mogłem pozwolić na kolejną wpadkę, jaką jest odkrycie mojej prawdziwej strony. Jak to brzmi...
- Takanori, ale ja...- urwałeś. Nie mogłeś powiedzieć tych słów. Bałeś się? Widzisz, znasz to uczucie które we mnie jest cały czas. Ja też się boję... prędzej czy później i tak musiało by się to skończyć, co teraz? Samobójstwo, wypadek, czy kolejna choroba? Nie, nie tym razem. Do moich oczu napłynęło kilka łez, których nie mogłeś zobaczyć, odwróciłem wzrok.
- Przepraszam - jęknąłem płaczliwym głosem. Czemu przy Tobie tak reaguję? Nigdy nie miałem kłopotu z powstrzymaniem płaczu. Bo tak naprawdę nigdy nie płakałem, dusiłem to w sobie. Moja zasłona nigdy mi na to nie pozwalała, ta maska którą tak doszczętnie zniszczyłeś. Wypowiedziałem słowo, które ani trochę nie było podobne do Takanoriego, którego wszyscy znają. Dlaczego ty? Czemu? Musisz zniknąć.
Złapałeś mnie za ramię. Przez kilka nieukładających się kosmyków włosów, spojrzałem Ci w oczy, nie wytrzymałem. Twoje brązowe tęczówki. Ja.. musiałem.. uciec.
Zauważyłeś tylko kilka kropel, wydobywających się z moich oczu spadających wprost na chodnik. Nie myśl, że mi zależy. Nie możesz tego widzieć. Znowu chciałeś mnie przytulić i szepnąć uspokajające słówko. Nie tym razem. Zerwałem się i pobiegłem ile sił w nogach, wycierając rękawem bluzy łzy, które lały się po całej szerokości polików, wszystko co do tej pory dusiłem w sobie wydobywało się na zewnątrz, spojrzałem za siebie. Goniłeś mnie i byłeś zbyt blisko celu. Skręciłem w jakąś uliczkę, straciłeś trop. Zjechałem przodem do jakiegoś muru opierając głowę do o kilka cegieł. Łzy lały się bezpośrednio na chodnik. Walnąłem pięścią w ścianę wyklinając dlaczego nie potrafię się od Ciebie uwolnić. Innego zwykłego człowieka minąłbym jak psa, a potem nie zwróciłbym uwagi, że potrzebuje pomocy. Czy ja sam jej nie potrzebowałem? Obróciłem się tyłem do muru jedynie szlochając cicho i szepcząc do siebie jakieś słowa, wzrok zawiesiłem na jednym punkcie gdzieś w rogu kamienicy. Byłem senny. Popełznąłem na czworakach w róg opuszczonego budynku i zwinąłem się w kulkę na zimnej, brudnej i szarej podłodze. Zasnąłem.
(Reita)
Szukałem Cię. Nie miałem pewności, że bezpiecznie dojdziesz do domu, znałem Cię, pewnie leżysz gdzieś i płaczesz, a ja nie potrafię nic z tym zrobić, nikt nie potrafi nic z tym zrobić. Nie potrafię Cię rozgryźć, nagle stajesz się taki zimny i bezuczuciowy, to nie ten sam Takanori. Zawsze z trudem przychodziło Ci uśmiechnięcie się czy przyjęcie czyjegoś dotyku, ale żeby aż tak? Przecież jedyną osobą, która Ci zna jest..
Tanabe!?
- Proooszę mnie wpuścić, mam ważną sprawę - błagałem panią recepcjonistkę, która nadal starała się być cierpliwa, po moich piętnastominutowych błaganiach.
- Nie możemy pana wpuścić, pan Tanabe nie życzy sobie teraz gości - uśmiechała się sztucznie, nie reagowała na żadne argumenty. Co za babsko.
- Przecież on nawet nie wie, że ktoś przyszedł! W jego rękach leży los mojego przyjaciela. Jeżeli on nie zdąży mi czegoś powiedzieć, to będzie pani wina! I nie będzie za ciekawie...
- Czy próbuje mi pan grozić? - ten jej sztuczny uśmieszek doprowadzał mnie do szału, niska japonka, o brąz włosach spiętych w kucyk i paznokciach koloru czerwonego, to najbardziej rzucało się w oczy. Paznokcie.. obejmowały jakieś kartki. Zacisnąłem zdenerwowany pięści, gdy dostrzegłem że czyjeś nazwisko zaczynające się na Y znajduje się przy numerze pokoju 13.
- Dobrze, jak pani chce, przepraszam za najście. Czy mają państwo tu łazienkę? - zapytałem już całkiem miło jakbym zapomniał o sprzeczce sprzed pięciu sekund.
- Korytarzem prosto - uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Odwzajemniłem uśmiech, kiedy się obróciłem wywróciłem oczami, co za obsługa. Samemu trzeba się skradać. Pod pretekstem pójścia do łazienki zakradłem się pod pokój 13, faktycznie w środku leżał Tanabe.
Jego widok był przerażający, jak ta choroba może zniszczyć człowieka... Wszedłem cicho zamykając za sobą drzwi. Wytężył wzrok z tymi workami pod oczami, jakby chciał powiedzieć jedynie.
- Co ty tu robisz?! - dość normalnie jak na leżącego wraka człowieka, chyba go tym nie uraziłem. Skradłem się na drugie łóżko, które było wolne.
- Ćśśii! - syknąłem - Nie jestem tu po to, żeby ci dołożyć, za co bardzo przepraszam, to było nieporozumienie. Chodzi o Takanoriego..
- Odwal się od niego, słyszysz? Nie zasłużył żebyś jeszcze ty mu zniszczył życie! - nadal próbował krzyczeć, co nie specjalnie mu wychodziło.
- Trzeba ci wiedzieć, że ostatnio zostaliśmy całkiem dobrymi kolegami, ale ja czuję do niego coś więcej. Tylko on... jest taki inny... Pomóż mi proszę.
- Mam go zmusić, żeby się zakochał w jakimś wandalu?!
- Kai, odpuść sobie proszę - podniosłem lekko głos, a potem westchnąłem by się uspokoić - Powiedz mi czemu on się tak zachowuje?- westchnął. Chyba odpuścił.
- Nie sądzisz, że jak Taka będzie chciał żebyś wiedział, to po prostu ci powie? - zapytał nadal lekko urażony.
- On mi nie powie. Odnoszę wrażenie jakby się bał, czy ktoś go kiedyś skrzywdził? Wiesz coś o tym?
- Akira, nie wiem, czy Takanori chce żebyś wiedział. - wahał się. Czy nikt wtedy nie rozumiał, że starałem Ci się pomóc?
- Kai, Kai, Kai, błagam. Przecież robię to dla jego dobra! - prosiłem by brzmiało jak najmilej. Zgodziłeś się robiąc minę a'la 'ostatni raz dałem się namówić'. - To wiesz dlaczego się tak zachowuje?
- Cóż, jeśli chodzi o Takanoriego wiele przeszedł w dzieciństwie -zaczął niepewnie - Wiadomo mi, że przeprowadził się do Tokio, ponieważ jego rodzice nie żyją. Matka popełniła samobójstwo, a ojciec ponoć zginął w wypadku, ale tak między nami, to nie wierzę za bardzo w ten jego nagły wypadek. Takanori powiedział, że nawet nie byli na pogrzebie, co jest dziwne, no ale być może się mylę. On jest bardzo wrażliwy... łatwo go skrzywdzić i robiono to nie raz. Chłopak, który jak zauważyłeś, nie uśmiecha się i nie wykazuje ludzkich uczuć, ale to tylko pozory. Stara się ukrywać swoje emocje. Moim zdaniem on się po prostu boi kolejnego odrzucenia i ucieka przed tym na różne sposoby. Można sobie pomyśleć, że nic go nie rusza, ale jak mówiłem, to Takanori i czuje to nawet podwójnie. Więc jeśli go w jakiś sposób skrzywdzisz, a mnie już nie będzie, zmartwychwstanę i sam się Tobą zajmę.
- Szczerze mówiąc, nie zdziwiłem się. Od początku wydawał mi się inny, taki... tajemniczy... Ale to nie zmienia faktu, że nie mam u niego szans, pewnie nie kręcą go faceci.
- Nabąknął kiedyś, że nie interesują go dziewczyny i między innymi dlatego był wyśmiewany.
- Wyśmiewany - powtórzyłem. Zrobiło mi się smutno i w pewien sposób żal Ciebie. Tyle przeszedłeś, a ja z Naokim tak się jeszcze nad wami znęcaliśmy. Chyba sobie tego nie wybaczę. Zaraz, zaraz...- Nie interesuje się dziewczynami? - uśmiechnąłem się do siebie.
- Biegnij do niego zanim ktoś ci go zgarnie sprzed nosa - szepnął i zaśmiał się głośno - I mam prośbę, zaopiekuj się tym maleństwem, on wydaje mi się taki samotny...
- Na pewno się zaopiekuję, obiecuję. - uścisnąłem jego chudą dłoń i pobiegłem do twojego domu nie wiedzieć czemu - cały w skowronkach.

****
-Dzień dobry, pani Hirose. Zastałem Takanoriego?- kobieta popatrzyła na mnie w drzwiach i zamrugała kilka razy.
- Wyszedł kilka godzin temu, mówił, że wychodzi z tobą...
- Spotkaliśmy się, ale dziwnie się zachowywał. Zaczął przepraszać i poszedł. Pomyślałem, że jest już w domu.
- Jak to przepraszać... Akira co ty mu zrobiłeś? - jęczała starsza kobieta.
Obydwoje się martwiliśmy. Ciebie było stać na wszystko. Może coś sobie zrobiłeś?
Pożegnałem się z kobietą i obiecałem, że jeżeli Cię znajdę dam znać.
Odchodziłem od zmysłów, wymyślałem najczarniejsze scenariusze. Przypomniały mi się słowa Yutaki „Biegnij do niego, zanim ktoś zgarnie ci go sprzed nosa!". Tak bardzo bałem się, że coś Ci się stało.
Wchodziłem po kolei do kamienic i przeszukiwałem je. Zmęczony opadłem na pobliską ławkę. Co ze mnie za tchórz, że nie potrafiłem Ci powiedzieć jak wiele dla mnie znaczysz, że każdego ranka wstaję z tą samą śpiewką, że znowu się spotkamy? Pewnie i tak byś nie uwierzył, co? Tyle musiałeś przejść... nie dziwię Ci się. Obiecuję Ci, że przy mnie nikt już Cię nie zrani. Nigdy.
Zacisnąłem dłonie w pięści i pobiegłem w miejsce, gdzie straciłem Cię z oczu. Cała moja cierpliwość wyparowała i zacząłem drzeć wniebogłosy Twoje imię. Do tego wszystkiego zaczął padać deszcz. Upadłem bezsilny w jakąś kałużę i zacząłem szlochać. Tak, ja. Suzuki, ten który kilka miesięcy temu był największym bandziorem w mieście.
Chcąc przeczekać deszcz powlokłem się do jakiejś ruiny. W nieładzie usadowiłem się na zimnym betonie i zmęczony nawoływaniem Cię, oparłem głowę o kruszące się cegły. Co chwilę w ciemnościach było słychać, jakby ktoś płakał. Nawiedzony budynek czy co? Wyciągnąłem z kieszeni telefon i słabym światłem rozjaśniłem pomieszczenie.

[Ruki]
Moje ciało zostało sparaliżowane przez strach, kiedy ktoś niespodziewanie wszedł do opuszczonej kamieniczki, w której się znajdowałem. Skuliłem się bardziej do kąta, żeby nie zostać zauważonym. Jeszcze brakowało, żebym został zgwałcony przez jakiegoś pijaka, który tą ruderę uważa za swoje schronienie.
Łzy znowu polały się z moich opuchniętych od płaczu oczów, od kilku godzin po przebudzeniu nie robiłem nic innego, tak jakby całe te lata cierpienia chciały opuścić moje ciało.
Przymrużyłem oczy, gdy dostałem po nich jakimś światłem. Słyszałem szurnięcie butem po śladowych ilościach piasku na chłodnej posadzce. Ktoś zaczął się zbliżać.
- Takanori? - zapytał ten dobrze znany mi głos. Oniemiałem. Nie ruszyłem się ani o centymetr. Patrzyłem przed siebie z wybałuszonymi w szoku oczami. Ty... Szukałeś mnie?
Znowu dostałem mocniej światłem po oczach, wyciągnąłeś niepewnie dłoń i pogłaskałeś mnie po włosach. Przyszpiliłem się do kąta najbardziej jak umiałem, zapierając się rękami i nogami
- Nie dotykaj mnie. - nie mogłem czuć czyjegoś dotyku. Czułem wstręt, potworną odrazę. Mimo wszystko powiedziałem to z obojętnością wymalowaną w głosie. Przed oczyma czasem przelatywały mi urywki jakichś niemiłych wspomnień, ale nie mogłem przypomnieć sobie nic więcej. Czemu tak potwornie bałem się, gdy ktoś mnie dotykał?
Oślepiłeś już któryś raz z rzędu moją twarz, na której malował się strach. Blada cera, czerwone i przerażone oczy, z których znowu pociekły łzy, cały drżałem. Byłem roztrzęsiony. Nie mogłem nad tym zapanować.
- Podejdź, nie bój się - wysunąłeś dłoń w moją stronę, jakbym był jakimś nieoswojonym w nowym miejscu zwierzątkiem. Spojrzałem na nią przelotnie, a potem znowu na Ciebie. Patrzyłem raz na nią, raz na Ciebie przez jakiś czas. Wyciągnąłem niepewnie swoją dłoń, która trzęsła się niesamowicie i podałem Ci ją. Delikatnie się przysunąłeś i objąłeś mnie całą szerokością ramion. Dałeś mi takie niesamowite ciepło, którego nigdy wcześniej nie czułem. Wtuliłem się w Twoje zagłębienie i zawiesiłem ręce na Twojej szyi prawie dusząc Cię przy tym.
Zacząłem płakać jak dziecko i pociągać nosem. Poczułem dziwne uczucie ciepła na sercu i zdawało mi się jakbym przy Tobie był bezpieczny. W ciszy wysłuchałeś całej mojej wiązanki płaczu, pociągania nosem i szlochania. Cały byłeś mokry od łez, ale nie to było najważniejsze.
Oderwałem się niepewnie od Ciebie, ręce trzymając w tym samym miejscu. - Pocałuj mnie, Akira - powiedziałem ochryple.
Nie zareagowałeś. Zaskoczenie wymalowane na Twojej twarzy nakazało mi, żebym to ja zrobił pierwszy krok. Przysunąłem delikatnie drgające usta i zaciskając najmocniej powieki musnąłem o Twoje. Znowu poczułem ten paniczny strach przed zbliżeniem, przełamywałem to coraz bardziej ochoczo stykając nasze usta. Przejąłeś kontrolę nad pocałunkami. Z chwili na chwilę coraz bardziej zaczynało mi się to podobać. Niechętnie rozłączyłem nasze wargi, stykając nas czołami spuściłem wzrok w dół, dłońmi powędrowałem na Twoje policzki
- Jeśli Ty mnie zostawisz, Akira, wiedz, że będziesz ostatnim człowiekiem, któremu spróbowałem zaufać. Nie spierdol tego. - wyszeptałem, wtulając się w Ciebie
- Nigdy bym Cię nie skrzywdził i nikomu na to nie pozwolę. Kocham Cię, Taka-chan, rozumiesz to? - teraz jego dłonie ujęły moją twarz, potrząsając lekko, by podkreślić te słowa.
- Ja też Cię ko-cha... - zająkałem się nadal roztrzęsiony.
- Nie mów, ja to wiem.

______________________________________________________________________________

Czekam na jakieś komentarze, by pojawiła się kolejna część. Coraz częściej zastanawiam się czy prowadzenie tego bloga ma jeszcze sens.
Jak na razie stała beta : Misa-chan.

7 komentarzy:

  1. Trochę szybko się to potoczyło... chodzi mi o ten początek, że już się tulają i wgl.

    I TAK, MA SENS.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecież pisze , że mijały tygodnie odkąd się znali
      o to ci chodziło ? .w.

      Usuń
    2. No tak, ale chodzi mi że to takie jakby pójście na skróty. ;_;

      Usuń
  2. Super! Podobają mi się takie opowiadania. Nie lubię słodkości i tego, jak wszystko dobrze się układa.

    Ciekawa jestem, co stało się w przeszłości Tace, że tak mocno reaguje. No nic, liczę, że dowiem się w następnych częściach^^

    Pozdrawiam
    Rena X

    PS.Zapraszam też na mojego współbloga - rena-hime-story.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeeeeej jaka wzruszająca końcówka.
    Taka piękna i romantyczna.
    Szkoda że uśmiercasz Kaia.
    Bedę za nim tęskniła.
    Notka wspaniała i super że już jest
    Buziaczki i weny życzę :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Awwww
    Ładne to!
    DLATEGO
    Pisz! Pisz! Pisz!
    ...oczywiście, nic na siłe, ale...piisz
    Pozdrawiam
    Chizuru

    OdpowiedzUsuń
  5. Popłakałam się. A i tak już jestem ,,dobita'' rocznicą Jasmine. Będzie w niedzielę, 9. Jakby ktoś zapomniał :'''c

    OdpowiedzUsuń